Trochę zdjęć z ostatniego 3 dniowego wyjazdu w Tatry. Prognozy się sprawdziły i faktycznie w sobotę pogoda bardzo mocno się popsuła. Jeśli chodzi o dłuższy opis to już niedługo może uda mi się zamieścić jakąś dłuższą relację.
Trochę zdjęć z ostatniego 3 dniowego wyjazdu w Tatry. Prognozy się sprawdziły i faktycznie w sobotę pogoda bardzo mocno się popsuła. Jeśli chodzi o dłuższy opis to już niedługo może uda mi się zamieścić jakąś dłuższą relację.
Pogoda miała być dobra więc ostateczny plan? Babia Góra. Ostatecznie okazuje się że jest po północy więc nastawiamy budziki na 4 rano i po 5 wyjeżdżamy. Podróż mija szybko – droga jest dobra, ale trzeba uważać – szczególnie za Stryszawą (jadąc od strony Krakowa) bo na drodze mimo słońca na niebie, wciąż utrzymuje się tzw. “czarny lód” i asfalt który wydaje się przyczepny wcale taki nie jest. Dojeżdżamy na parking na przełęczy Krowiarki – tu jak zwykle wita nas Pan parkingowy ze swoim radyjkiem
Przyznam, że to miło wiedzieć, że ktoś pilnuje naszego środka lokomocji, a cena za pewny parking nie jest jakaś szczególnie wysoka (10zł za cały dzień). Parking odśnieżony – parkujemy bez problemów, płacimy i przygotowujemy rzeczy. Idziemy. Już na starcie okazuje się iż z biletów nici – budka zamknięta. Wybieramy szlak czerwony. W lesie okazuje się, że wcale nie jest tak twardo jak się wydaje i można się czasem zapaść – w drodze powrotnej to miejsce okaże się wcale nie takie przyjemne, ale o tym później. Szlak przedeptany. W lesie pełno lodu który spadł z drzew – idzie się czasem po kostki w stłuczonych sopelkach. Gdy docieramy na Sokolicę jest tak ładnie i tak ciepło, że aż odechciewa się wszystkiego – nic tylko siedzieć, opalać się i podziwiać widoki. Ale trzeba iść dalej – w końcu to nie szczyt. W każdym bądź razie w czasie naszego pobytu tutaj słychać, że gdzieś osunęło się trochę śniegu – słychać to przez około 8 może 10 sekund. W końcu wraz ze wzrostem temperatury wzrósł również z 1 na 2 stopień zagrożenia lawinowego. Na Kępę docieramy szybko – chyba nawet szybciej niż latem – chociaż po drodze pokonuje się kilka zasp, które są naprawdę spore. Zwłaszcza, że i tak podróżuje się po śniegu który skrywa prawie cały znak oznaczający skrzyżowanie szlaków. Dalsza wędrówka to czysta przyjemność – idzie się bardzo dobrze, bo śnieg jeszcze trzyma. I jesteśmy na szczycie. A tu wieje – ale tu praktycznie zawsze tak jest. Siadamy w słońcu, jemy, pijemy kawę, robimy zdjęcia i stwierdzamy, że schodzimy. Problemem jest słońce – pomiędzy gałęziami kosodrzewiny są pustki bez śniegu, a temperatura zmniejsza jego wytrzymałość – zaczyna się zapadadanie… W pewnym momencie w ogóle poszliśmy po śladach nart co skończyło się ustawicznym zapadaniem, dziurą w spodniach i zgiętym kijem, a także decyzją powrotu na szlak. Raki zdecydowanie zwiększają przyczepność na zejściu. A trzeba przyznać, że osób w rakach można tu zobaczyć dużo. Nie ma się co dziwić – zwłaszcza obok wydeptanego śladu śnieg się świeci gdyż jego powierzchnia w niektórych miejscach to właściwie lodowa polowa. Podczas schodzenia spotykamy 2 użytkowników forum Outdoor.org – jest to o tyle ciekawe, że znaliśmy tylko 1 z tych osób i na dokładkę poznaliśmy się we czwartek w Krakowie. Tak więc niezły przypadek
Schodzenie idzie nam szybko i sprawnie.
Tutaj taka uwaga – po drodze poza osobami, które idą tam ze sprzętem, widzieliśmy też przypadki skrajnej głupoty. Bo inaczej nie można nazwać trzech osób które szły np w trampkach. W ogóle jedna trójka, wśród której była jedna z “trampowiczek” wyglądała jak kopiuj-wklej wprost z miejskiej galerii handlowej. Lekka bluza, podobne spodnie i owe trampki – no “cudowne” ubranie w góry zimą. Przy takim podejściu i odpowiedzialności, nie ma się co dziwić, że GOPR lub TOPR mają czasem pełno wezwań. Uważam, że takim osobom w ogóle nie powinno się udzielać pomocy w razie wypadku – dlaczego ratownicy mają poświęcać swój czas, energię i czasem ryzykować dla kogoś kto nawet nie potrafi się wykazać zdrowym rozsądkiem i przynajmniej próbą zadbania o swoje bezpieczeństwo… a szkoda nawet mówić, kim trzeba być aby iść w takie miejsce w trampkach…
Kilka fotek z soboty 10 marca 2012.
Model Trek wyprodukowany przez Neverland’a użytkuję już kilka lat (myślę, że będzie już ponad 3). Są to kije trójsegmentowe, przeznaczone właściwie do całorocznego użytku. Wykonano je ze stopów aluminium. Trzeba przyznać, że są naprawdę bardzo wytrzymałe i odporne. Nie raz zdarzało mi się oprzeć na nich prawie cały ciężar ciała i nie tylko nie doszło do uszkodzenia kija, ale nawet do najmniejszego wygięcia. Kto chodził z kijami po bardziej skalistych trasach jak chociażby w Tatrach wie, że często kije się po prostu klinują na zwaliskach. Zdarzyło się już, że w ten sposób został wręcz wyrwany segment. Jednak ponowne szybkie wkręcenie go na swoje miejsce przywraca mu pełną użytkowość.
Rączki producent wykonał z materiału który przypomina mielony korek. Są one bardzo wygodne i nawet po całodniowym użytkowaniu nie powoduje to dyskomfortu dłoni. Osobiście wolę takie rozwiązanie niż gąbki, ale to już kwestia osobistych preferencji. Uchwyty zostały wyposażone w pętle, które zapobiegają upuszczeniu kija w razie zwolnienia chwytu. Są one wg mnie przydane również przy zejściach.
Idąc dalej – łączenie górnego i środkowego segmentu, to również miejsce gdzie znajdziemy antishock’a. Wg mnie jest on przydatny i zwiększa komfort użytkowania. Docenimy go zwłaszcza przy schodzeniu, kiedy trzeba się mocniej na kiju oprzeć. Osobiście uważam, że jego obecność to również zaleta podczas wchodzenia, czy też marszu po równym.
Z racji tego, że podczas wypadów w góry sporo fotografuję, zmuszony jestem dosyć często odkładać kije. Najczęściej lądują one na ziemi, w trawie, czy innych roślinach. Wiele razy leżały także na skałach, a mimo to powłoka lakiernicza wygląda bardzo dobrze – nie ma żadnych odbić czy odprysków. Oczywiście pojawiły się rysy, ale nie ma takiego kija na rynku, który po tak długim okresie i podczas całego tego użytkowania nie nosiłby rys. A trzeba powiedzieć, że w tym wypadku nie są one znaczące i trzeba się przyjrzeć z bliska żeby je dostrzec.
Przed zakończeniem znajdziemy gwint służący wkręcaniu np. talerzyków, zaś sam kij zwieńczony jest widiową końcówką, która zapobiega szybkiemu zużyciu. W komplecie dostajemy także dwie pary gumowych nakładek (klasyczne o stożkowym kształcie i takie a’la stopka). Końcówka bardzo dobrze trzyma się praktycznie wszystkie po czym idziemy. Piach, żwir, korzenie czy przewrócone drzewo – końcówka wbija się pewnie i nie ześlizguje, zwłaszcza że korzenie czy przewrócone pnie bywają przecież śliskie.
Po kilku latach użytkowania mogę z czystym sumieniem polecić te kije. Są bardzo dobrze wykonane, materiały są solidne i wykazują się dużą odpornością na zużycie. Nigdy mnie nie zawiodły (i nie tylko mnie gdyż drugą parę użytkuje osoba, która jest ze mną na prawie każdym wypadzie) i osobiście nie mogę sobie wyobrazić co więcej mogłyby by mi zaoferować inne i pewnie dużo droższe kije. Wydaje mi się, że z powodzeniem mogą być właśnie alternatywą dla tych czasami sporo droższych produktów oferowanych przez innych producentów. W porównaniu do np. poprzednich kijów to jest niebo a ziemia, zwłaszcza, że cena tamtych była niewiele niższa, a cena Neverland Trek jest i tak niska. Wystarczy dodać, że w poprzedniej parze rozsypało się totalnie mocowanie segmentów co podczas wycieczki doprowadziło mnie wręcz do szału bo z jednym “patykiem” nienawidzę chodzić, a co najlepsze – awaria nastąpiła może z 10 min po wejściu na szlak
Jak co rok, tak i tym razem wręczono coroczne nagrody za najlepszy i najbardziej innowacyjny sprzęt outdoor’owy. Nowe karabinki Magnetron RockLock oraz Magnetron GridLock otrzymały nagrodę Best of What’s New magazynu Popular Science, którą przyznaje się rocznie 100 produktom, a także prestiżową nagrodę Gear Of The Show z okazji Outdoor Retailer tradeshow – tą nagrodę otrzymuje tylko 10 produktów!
Doskonały desing w połączeniu z innowacyjnym podejściem do znanego elementu jakim jest zamek karabinka, zaowocował świetnym produktem, który w sklepach ma pojawić się już w lipcu 2012. Warty tutaj podkreślenia jest fakt, że mimo iż dopiero trafią one na półki sklepowe – już zdobywają znaczące nagrody.
Na pierwszy rzut oka to proste rozwiązanie może wydawać się dosyć kontrowersyjne, z uwagi na działanie zamka podczas zimowych wspinaczek. Tutaj od lat prym wiodą karabinki z zamkiem drucianym – czy Magnetrony wyprą je ze skalnych ścian, to już czas pokaże…
Ten jakże znany producent serwuje nam odświeżone wersje latarek czołowych Tikka Plus 2 i Tikka XP 2. Zastosowanie nowych diod ma wpłynąć na dłuższy czas świecenia, lepszy zasięg, a także na większą jasność światła. Przewidywana cena to 149zł za Plus 2 oraz 195zł za XP 2.

Kto odwiedza mojego “standardowego” bloga fotki już zna, ale tekstu tam nie było, a dobrze by było nadrobić. W miarę nowych tematów takiej sytuacji nie będzie, z uwagi na równoczesność działań
Jest to pierwsza relacja na tym portalu, miło by było gdyby i sam podjęty temat był tego warty. Oczywiście przemiłych wypadów, które zapadły w pamięci, a które chciało by się powtórzyć jeszcze nie raz jest całkiem sporo. Niemniej zdecydowałem, że opiszę przynajmniej pokrótce podejście do Chaty Tery’ego. Jest to w końcu najwyżej położone schronisko w Tatrach, które można odwiedzać przez cały rok. Terinka, bo tak popularnie się je nazywa, została zbudowana na wysokości 2015m n.p.m.
My wybraliśmy trasę przez Jurgów, by po przekroczeniu granicy na Księżej Polanie pojechać przez Podspady, Zdziar, a za Tatrzańską Kotliną skręcamy w prawo. Po drodze przejedziemy jeszcze przez Tatrzańską Łomnicę i dojedziemy w końcu do Starego Smokowca. Z zaparkowaniem samochodu raczej nie ma większych problemów. Jak to na Słowacji zresztą bywa. Jest pan parkingowy, który chętnie powie gdzie, co i jak, a opłata za parking nie zwala z nóg. Z centrum Starego Smokowca udajemy się mniej więcej na północ do kolejki, która zawiezie nas na Hrebeniok. Można oczywiście przejść ten odcinek pieszo, ale chodzenie po asfaltowej drodze nie jest specjalnie ciekawe więc jedziemy wagonikiem
W samym Hrebenioku robimy szybkie rozpoznanie co, ile i w którą stronę i po chwili szlakiem zielonym schodzimy… w dół! Można wybrać czerwony, ale zielony jest o tyle ciekawszy, że będziemy znacznie bliżej Małego Studenego Potoku (Małej Zimnej Wody). Po drodze mijamu jeszcze Bilikovą chatę. Chwilę później mamy już okazję podziwiać pierwsze wodospady – Dlhy, a później Vel’ky, Skryty, Mały i na końcu Obrovsku (Olbrzmi). Przyznam, że zwłaszcze Vel’ky robi spore wrażenie z uwagi na swoją szerokość, a także przerzuconą pod nim kładkę. W dodatku można do niego całkiem blisko podejść. Jest też w stosunku do innych mocno wyeksponowany – dla porównania Obrovsky płynie właściwie w szczelinie skalnej i spada w dół. Tutaj też przechodzimy przed nim po pomoście, jednak wrażenie jest już jakby trochę słabsze. Aczkolwiek żadnemu z nich nie można odmówić uroku. Trzeba jeszcze wspomnieć, że zanim dojdziemy nad wodospad Obrovsky docieramy wcześniej do małej polanki na której znajduje się Rainerowa Chata. Jest to, a właściwie było najstarsze schronisko w Tatrach. Obecnie mieści się tutaj muzeum nosic’ów (tragarzy). Dalej w miarę wygodnym szlakiem idziemy aż do Schroniska Zamkowskiego. Piszę “w miarę wygodnym”, ponieważ szlak jest wyłożony kamieniami, które stosunkowo niewiele mają wspólnego z równą ścieżką. Dla osób przyzwyczajonych do nierówności w górach nie będzie to żaden problem i szlak wyda się wręcz autostradą, niemniej mniej “wychodzonych” może zmęczyć bo równo to tutaj na pewno nie jest. Jest też trochę pod górkę, co w połączeniu z ekspozycją południową na pewnym odcinku (ale i nie tylko), potrafi sprawić, że na pewno nikt nie powie, że marznie tutaj w słoneczny dzień
Od Zamkowskiego jest też już dużo spokojniej na szlaku, dlatego, że duża część ludzi dociera tylko do schroniska i tam przesiadują do wieczora. Od tego miejsca zaczynamy już poruszać pomiędzy Rywocinami (dalej przechodzącymi w Prostredny hreben), a Łomnicką Granią. W tyle po lewo mamy również Sławkowski Szczyt, który odwiedzimy innym razem. Dalsza wędrówka jest jeszcze przyjemniejsza i właściwie ciężko coś pisać – trzeba po prostu być i zobaczyć. Wielki Łomnicki Ogród robi duuuże wrażenie
Jeszcze ciekawiej robi się po dotarciu na piarżysko pod Złotymi Spadami. W tym miejscu teren zdecydowanie przestaje być tak łatwy jak dotychczas i robi się zdecydowanie bardziej stromo. Wchodzimy na Wielką Ubocz – jest czasem na tyle stromo lub wąsko (albo jedno i drugie naraz), że ja przytraczam do plecaka kije. Dodatkowo drażni mnie ciągłe zwracanie uwagi na to gdzie się je wbija bo w tym całym zwalisku potrafią się świetnie klinować. Trzeba przyznać, że w zwłaszcza w tym miejscu Kozia Strażnica i Żółta Ściana zaczynają robić odpowiednie wrażenie. Odbijamy w prawo w poprzek drugiego zwaliska/ piargu po czym zostały nam już do przejścia ostatnie zakosy i wychodzimy obok schroniska. Cel osiągnięty
Jest tu niezwykle pięknie (chociaż gdzie w górach, a zwłaszcza w tych wyższych nie jest?). Dolina Pięciu Stawów Spiskich jest otoczona jednymi z najwyższych szczytów Tatr. Mamy tutaj szczyty: Łomnicky (2634), Mały Pysny (2590), Baranie Rogi (2526), Lodovy (2627), a od można powiedzieć południa: Zlt’y (2385) oraz Prostredny hrot (2441). To tylko te najwyższe, jednak towarzyszy im cała masa innych – często niewiele niższych.
Po krótkim odpoczynku, który jak zawsze okazuje się zbyt krótki, trzeba schodzić w dół jeśli chce się z Hrebienioka zjechać kolejką (mamy bilety w obie strony). Schodzimy tą samą drogą, którą tu przyszliśmy. Miejsce jest wyjątkowe – trasa również. Trzeba będzie tu wrócić bo na pewno warto było tu przyjechać
Witam wszystkich – chciałbym zaprosić do odwiedzania, czytania, jak i komentowania mojego nowego bloga
mam nadzieję, że przypadnie on wielu z Was do gustu i znajdziecie tutaj różne przydatne informacje. Nie ukrywam, że sam chętnie dowiem się czegoś ciekawego – w końcu uczymy się całe życie, a czasem możemy nie wiedzieć o miejscu wartym odwiedzenia, które mamy na przysłowiowe wyciągnięcie ręki
Jest już pierwszy wpis – mam nadzieję, że niedługo dodam kolejne, a i dopracuję stronę trochę organizacyjnie
Garść danych technicznych
1. CAMPUS Burma
2. Membrana/ Wyściółka: Vaportex Trek
3. Zewnątrz skóra + guma
4. Podeszwa: Durasole
5. Użytkowane – ze 2,5 roku (albo i więcej)
6. Waga: 0,66 kg / Cena: 290zł
7. Duuużo Beskidów w tym przeszedłem (Pilsko, Babia Góra, Wielka Racza, Rycerzowa – no wymieniałbym dłuuugo…
) + Tatry (poza śniegiem wszystkie możliwe nawierzchnie)
8.

9. Wodoodporność – były impregnowane kilka razy i w żadnym deszczu nigdy nie przemokły więc jest ok.
10. Wytrzymałość – po tych 2,5 roku od zakupu, są w stanie praktycznie jak nowym – nic się nie wypruło, nic nie odkształciło, oderwało czy coś – mimo przejścia wielu kilometrów wyglądają i działają praktycznie jak nówki
W wielu butach narzeka się na odłamywanie czy wypadanie dynksów od sznurowadeł – tu wciąż są wszystkie i żadne nie jest odkształcone nawet w najmniejszym stopniu.
11. W internecie można przeczytać że w Campusach nie da się chodzić – ja kupiłem je będąc trochę zielonym w temacie butów – chodziłem od dawna ale w adidaskach – postanowiłem kupić sobie buty i padło na takie (nic ciekawszego wtedy w sklepie nie było a myślałem że w Campusach to już na koniec świata można). Wyczytać też można że urywają nogi i co tam jeszcze ALE ja jestem z nich zadowolony
Na wszystkich z tych tras sprawowały się bardzo dobrze – włącznie z ultra wkurzającym szybkim zejściem z Ciemniaka szlakiem który do dobrze przygotowanych nie należy. Nigdy nie miałem problemów z ŻADNYM otarciem – nie wiem skąd teksty “krew leje się strumieniami” – to chyba jakieś powtarzane w internecie bujdy… Jedno co jest to, że w bardzo ciepłe dni skóra stóp jest taka raczej namoczona, ale na pewno idąc nie odczuwa się jakiegokolwiek dyskomfortu z tego powodu. Osobiście myślę, że nie znajdę buta w którym noga jest idealnie sucha po treku 20km w gorący letni dzień.
Z wad – przy stromym zejściu potrafią się trochę przesunąć wkładki, ale nie jest to uciążliwe i same szybko wracają na swoje miejsce. Czasem sporadycznie przez to można “zarobić” odgniecenie, a raczej nie żadne z kategorii tych poważnych. Teraz wkładki zostały poddane małemu “tuningowi” i zobaczymy jak się sprawa rozwinie. Jeśli wszystko wróci do normy (bo trzeba dodać, że z czasem owe wkładki lubią podjeżdżać mocniej), to buty te przejdą ze mną jeszcze wiele szlaków. No i nie wiem czy przypnie się do nich jakieś raki inne niż koszykowe/ paskowe…
Jak naczytałem się w necie, że Campus to wielki szajs to zachciało mi się zmian na coś lepszego. Jednak sprawę przemyślałem, stwierdziłem, że przecież dobrze się w nich chodzi, i dopóki się nie rozpadną to będę w nich chodził, bo czemu nie skoro chodzi się fajnie ![]()